01 maja 2009

przez Hiszpanie


dzi tak ´przypadkowo`w malej miescinie znalazlem cafejke, nie moge sciagnac programu wiec zdjecia nastepnym razem, a i o Francji cos jeszcze dopisze. Hiszpania przywitala mnie deszczem i wiatrem, w dodatku te podjazdy... W pierwszym napotkanym sklepie kupilem wino i oliwki i wieczorem bya uczta, w gaju oliwnym z widokiem na ruiny zamku-zdjecia beda. Postanowilem uciec w glab ladu, a tu jeszcze mos¡cniej wieje i to w twarz cieko sie jedzie. Pogubilem sie kilka razy, bo moja mapa nie jest zbyt dokladna a wlasciwie to wiele jes zlych numerow drog i pomieszane drogi glowne z lokalnymi- odradzam kupowania mam freytag`a!!! Widoki sa zato wspaniale, czasami przez caly dzien jade zboczami wsrod winnic, otoczonych drzewami olwek i migdalow. Innym razem sa to `sady ` migdalowe, olidkowe. Na nizinach przy morzu to brzoskwinie jablka...takie swojskie klimaty:) Dobijaja mnie te podjazdy!!!- 10km. pod gore, wtedy nie wiele pedaluje a wiecej prowadze, widoki jakos rekompensuja mi ten wysilek, a na przeleczy lyk wody i 10km. zjazd...e czasami mam takich podjazdow kilka w ciagu dnia i padam na twarz - czasami mam dosc! Dzis mialem dwa takie podjazdy, a nogi juz nie mlode:) Marzy mi sie jakis odpoczynek, bo do tej pory to codzien pedaluje. Ukompal bym sie, tak porzadnie, a nie pod butelka PET`a :) Zarelko maja superowe, choc nie ma juz pysznego francuskiego sera, ale oliwki, bagietki, slodycze, no i owoce, kupione na bazarze...pomaracze!!! Pyszota:)Dziwnie sie tylko czuje gdy w markecie widze muszle slimakow, z opisem czym i jak je nadziewac...No i w ogole musze uwarzac i czasami napocic sie by nie kupic jakiejs miesnej potrawy, bo czasami kozystam z ich puszkowego zarelka.

Ok-a, to ja koncze, bylo tak nieplanowanie i niedlugo, zdjecia wlkeje nastepnym razem.

To znowu ja:)
Zaczne od tego ze ostatnio pisalem z Gandesy-jakies 60 km. od Lleidy.Kafejke prowadzil 30sto letni findus:), gdy opowiedzialem moja indyjska historie, wlaczyl ' Om nama Shiva'. A na scianach wisialy plakaty bustw hinduskih:) Swietny klimat- malo hiszpanski ;) Dowiedzialem sie od Niego, ze dzis az do niedzieli maja swieto i wszystkie sklepy pozamykane- czyli 1-3 maj hiszpanie tez swietuja. Znalazlem jednak maly sklepik,, skromnie zaopatrzony, kupilam ciacha, 3 bagietki i w droge. Po krotkiej walce z wiatrem odechcialo mi sie jazdy w glab ladu, odwrucilem rower o 180stopni i popedalowalem na wybrzeze. Najpierw dlugi stromy zjazd waskim kanionem,nastepnie nieco laagodniej, po czym wszystko wrucilo do normy- znaczy do poziomu;) i znow pedalowanie zaczalo sprawiac mi przyjemnosc. Gdy siedzialem w kafejce wialo i padalo a po 2godz. rwalem pomarancze z przydroznego drzewa...Otoczenie calkowicie sie zmienilo.Winnice i gaje oliwkowe ustapily miejsca pomarancza, mandarynka i figom.Miasto Vinaros, plarze, hotele-jeden 'piekniejszy' od drugiego, sporo turystow - masa kiczu, nie lubie tego no ale chce zblizyc sie do tej Afryki. Nocleg przy szybkiej drodze, w korycie okresowej rzeki, widoczne miejsce wiec bez namiotu. Zajadajac pomarancze kabinuje jak tu ominac Valencje???
Rano kilka ciastek i pomaranczy na sniadanie i na szlak.Znow pomarancze, figi i takie owoce podobne do fig ale zolte z duzymi pestkami. Nazrywalem ich kilka zjadlem jedna...poczekalem, zyje! No to nazrywalem wiecej i obiad gotowy:) O 10.00 jest 24 stopnie, jak dla mnie to juz upal.No ale musze sie przyzwyczajac do sloneczka :)Przed Castelon spodkalem poraz kolejny Niemca, poznalismy we Francji, jakies 10 dni temu. Niby nic nadzwyczajnego, kolejny sakwiaz, z tym ze On ma jakis 'niedowlad' nog- nie chodzi!!! Ma specjalny rower, pedaluje rekoma. Jedzie z Bawarii do Senegalu!!!Tego dnia spotkalem jeszcze 2 sakwiarzy- jasna cholercia co za tlok!!! Trzeba uciekac w glab kraju. Mam tylko nadzieje ze oni wszyscy do Afryki nie jada, bo na bilet na prom sie niezalapie:) Kolo 16.00 dojechalem do Almenara, 35km. od Valencji chcialem tu odbic w gory by ominac miasto. Z pomoca mej genialnej mapy i wskazowka kilku Hiszpan, znalazlem sie na szutrowych drogach w sadach pomaranczy... Nie bardzo wiedzialem gdzie jestem.Sakwy napelnilam mandarynkami po brzegi:) Zjadlem obiad, zlapalem dwie 'gumy' i postanowilem ze jednak przejade przez Valecje, ale nie dzis. Bylo kolo 19.00 wiec za pozno by pchac sie w niasto. Postanowilem podjechac jeszcze troche i jutro rano powalczyc z metropolia. Nie bardzo chcialo mi sie jechac, szukalem jakiegos cichego miejsca na nocleg, i tak dojechalem do Sagunto. A tu niespodzianka, moja droga przeszla w Autowie... zorietowalem sie dopiero po paruset metrach. DoSagunto wrocilem prowadzac rower pasem awaryjnym. Po drodze wstapilem do sadu tych zoltych fig i nazrywalem jakies 2kg. owocow;)Posiedzialem, podumalem, jak sie stad wydostac- albo szukac drogi przez gory albo blizej plazy. Wjechalem na most by miec nieco lepszy widok, no i gdzies tam pomiedzy poletkami wila sie jakas drozka, w moim kierunku...Trzeba mi na poludnie nie wazna jaka droga. Najpierw przez'poligono industriale, pozniej kawalek asfaltu...szutry...no i wjechalem na sciezke rowerowa:) 4km. i jestem w Puciol. I znow metoda 'gdzies tam' po 20 minutach dojechalem do rogatek miasta, tylko ze z wylotem na autostrade...Bylo juz ciemno, znalazlem sobie miejsce na nocleg-remontowana odnoga ronda, i poleglem za morkiem... Ciezka noc to byla, hiszpanie swietowali do pozna muzyka z okolicznej plazy i fajerwerki trwaly do trzeciej w nocy. Rano szybko sie spakowalem, by mnie nikt nie wyczail i w droge. Chwile poszukiwani znalazlem sciezke rowerowa do samej Valencji. Przejazd przez miasto przebiegl dosc sprawnie pomimo braku mapy. Wiedzialem ze musze trzymac sie torow... szukalem wiec drogi biegnocej jak najblizej trakcji, pozniej przy autostradzie. W Silla moja droga zakonczyla sie wjazdem na autostrade, poraz kolejny metoda 'tam...' przez dzialki, sady, zamkniety parking, przesunalem ogrodzenie, sforsowalem row, 30m. przez lake i jestem na mojej drodze-latwizna!!!
Obiad na srodku ronda, pod palmami-jedyny cien w okolicy.O 16.00 mam dosc-wiele dzis nie przejechalem ale umeczylem sie, w dodatku grzeje jak cholera. Nabralem wody na cpnie, podprowadzilem rower od gore i wyladowalem na lesnym nieczynnym parkingu. Jest jeszcze wczesnie ale leniwy juz jestem, a tu cien, spokuj, a w poblizy sad pomaranczy...Zostaje tu na noc!!! Rano to az mi sie ruszac stad nie chcialo- swietne miejsce! Troche sie znow pogubilem bo jakis remont, jakas droga zamknieta, jakas autostrada, ktorej niemam na mapie...Jechalem do Ontynient, droga CV-81, droga prowadzila kanionem, dolem plynela rzeka-pieknie to wszystko wygladalo. No i tu niespodzianka- na poboczy znalazlem telefon- jakas 'wypasna' nokia z aparatem. Wyswietlacz dziala- ikonki widac, wrzucilem do sakwy i w droge. Z nalazlem kawalek cienia i postanowilem posprawdzac czy tel. dziala, lecz nie potrafilem uporac sie z hiszpanskim menu. Tutaj juz nie ma cytrusow, zato morele, czerasnie niestety jeszcze zielone :(
SZukalem internetu, w jednym miasteczku brak polaczenia, do nastepnego 30km. W Villa bylem kolo 14.30. Najpierw do Mercado, w sakwach laduje pieczywo warzywa i vino upedzone w pobliskiej winnicy. POszukiwania cofinetu zakonczylo sie poraszka. Po poltorej godzinie blakania sie po miescie- nik tie byl mnie w stanie poprowadzic... Ktos wskazal mi miejsce- poszedlem tam, szukam... pytam a kolejnie wysylali mnie inna czesc miasta!!! Dalem sobie spokuj. W nie najleprzym humorze opuscilem miasto. Prawie zadnych drzew, zadnego cienia. Rozsiadlem sie w koncu w alejce sosen, obiad. Po chwili uruchomily sie zraszacze na pobliskiej uprawie groszku. Poczatkowo bylo przyjemnie chlodno ale po chwili bylem mokry, przemokla mapa spiwor, ktory rozwiesilem na rowerze by wysechl. Kolejne miasto, wiechalem na 'czerwona' obwodnice i po kilku km. na przeleczy zwirowa sciezka wydeptana przez kozy-??? sciezka, wdrapalem sie na szczyt wzniesienia. Widok oszalamiajacy. Tylko jedna pobliska gorka od zachodu ograniczala widocznosc. Umylem wlosy- nareszczie:) naszykowalem kolacje, otworzylem wino. Po kilku lykach hiszpanskie menu telefonu przestalo byc dla mnie zagadka-bylem ciekaw czy moge zadzwonic do Ploski ??? Najpierw sms, pozniej rozmowa-na koszt 'Pana Hiszpana' Pogawedzilem sobie z Sylwia, pozniej z siostra. niestety bateria 'siadla' To byl dobry dzien, mam swietne miejsce na nocleg- nie pierwsze zreszta:) Wieczor spedzilem z winem i mapa Maroka w reku- ja chce juz do Afryki!!! Wschod slonca wspanialy, sniadanie... Jade dosc rownym terenem, dookola gory, winnice, gaje oliwne. Prawie zadnych drzew, zbocza porosniete, krzewami, czasami jakis kaktus. W winnicach stoja stare, zrujnowane, gliniano-kaminne budynki. Ciekawie wkomponowane w klimat otaczajacych gor...
Jade w kierunku Granady, mysle tam byc za 4 dni.
A tytaj kilka zdjec z Hiszpanii no i do Franci kilka fotek dolaczylem
zaraz czas mi sie konczy, brykne do pobliskiego marketu po jakies zarelko i w droge, cieplo sie zrobilo ale trzeba popedalowac:)

Gdy ostatni wyszedlem z cofinetu, podszedl do mnie facet i zaproponowal kobiete... z tego co pokazywal to ma okazaly biust i zgrabne biodra... za jedyne 5 euro...
W markecie, gdy sie rozejzalem to srednia wzrostu dla doroslych ludzi to 160cm. sami Indianie. Dzien uplyna zwyczajnie na pedalowaniu, rozlegla dolina. Goraco!!!Nastepnego dnia kolo 09.00 wjechalem do Carvaca de la Cruz. Jeszcze zanim wjechalem do miasta zobaczylem na wzgorzu Alcazar-pierwsza mysll- jem tam dzis sniadanie...Pol godziny pozniej siedzialem w rogu na dziedzincu i sniadalem. Dzien leniwie sie zacza i tak taz sie toczyl. Nie chcialo mi sie pedalowac. Po prawej gory, po lewej rownina- 30 km. szeroka. za nia gory. Niesamowita przestrzen. Po poludniu wylonily sie na horyzoncie Sierra Nevada. Piekne osniezone szczyty. By sie zmotywowac do dalszej jazdy obiecalem sobie nagrode- tortille i lokalne winko jesli dojade do Hueskar- no i poskutkowalo. Wyjezdzajac z miasta, podobnie jak dwa dni temu mialem do okonania przelecz, na jednym za wzdorz baszta-tam spipomyslalem... 20 minutowe podejscie i jestem na przeleczy, do baszty nie bylo jednak drogi rozbilem sie ponizej a i tak widoki byly...:)

koncze bo zamykaja.. zdjecia beda nastepnym razem
Za 5 dni Afryka!!!
Mam lenia i nie bardzo chce mnie sie pisac:) dodalem kilka zdjec do `przez Hiszpanie`
O, a skoro o zdjeciach mowa to napisze - wszystkie zdjecia z tej wycieczki, ktore zawiesilem do tej pory sa takie jak wyszly z sfraka, bez jakiejkolwiek obrobki- brak czasu i checi- wiec nie kalcie mnie za krzywy kadr... czy takie tam, wiele zdjec cykam w czasie jazdy, wiec o wyrozumialosc prosze:)
A z wycieczki: ajechalem kilka dni temu o Iznalloz- rozsiadlem sie z obiadem na skwerze, kilka betonowych lawek, drzewa... po kilu chwilach na sasiedniej lawce rozsiadla sie parka i zaczeli bacznie sledzic moje ruchy. Po ilku min. podszedl do nich chlopak, chwile pozniej siedzial obok mnie i prosil o jedzenie... ja do niego po polsku, dal sobie spokuj. Po chwili zjawia sie mocno zaniedbana 40-stka i pyta o czas, po czym chce sprzedac mi bluze... nastepnie siebie!!! Za chwile zjawila sie jakas mlodsza i o kaske prosi, bo w ciazy... to nie miejsce dla mnie:)
Jadac przez miasto spotkalem jeszcze te od bluzy, biegla za mna, i z usmiechem pokrzykiwala cos do mnie. Z ulga opuscilem te miescine. Paleno tam takich "dziwnych typkow" bylo!
A dwa dni temu bylem w Granadzie. Od dawna czekalem na te chwile, Alhambra, gory... rozmyslalem jakie tu zdjecia zrobie, nie moglem sie doczekac tego dnia!!! A tu poranek pochmory- zero swiatla do zdjec! Przy kasie do Alhambry- 300 osob na 30 min przed otwarciem... Nie lubie tego.Wszedlem tylko do takiej darmowej czesci, gdzie wiecej stoisk z pamiatkami... Podszedl do mnie koreanczyk. Mowi ze tez podrozuje rowerom- przyjechl do Granady z Cordoby...po chwili rozmowy zrobil sobie ze mna i rowerem zdjecie... Pomyslalem ze, moze za jakies 30 lat tlumy nie beda mi przeszkadzac, to moze wtedy bede zwiedzal takie miejsca. Z lekkim niedosytem opuscilem miasto! Wole jednak `moje gory, winnice...` Wieczorem jeszcze popadalo i to tak dosc mocno, dzien zakonczylem okolo 16.00 w drynach:) -patrz zdjecia-. Wczoraj byla Malaga. Sporo kiczu, wzdluz plazy. Deptaki z pieknie wystrzyzonymi zywoplotami i palmami sadzonymi w rzedach...nic specjalnego.
Teraz jestem w Cina. Do Algeciraz mam jakies 130 km. ale droga trudna, na mojej mapie sa tylko dwie szybkie drogi i bede musial kluczyc by dojechac nad ciesnine. Ale nastawiam sie na spokojne pedalowanie by w ne urodziny rankiem wsiasc na prom:) Odezwe sie jeszcze z Europy, bo pozniej to nie wiem jak bedzie:)
Milego dzionka wszystkim zycze!!!
12. maj '09r
Wczoraj bylem przekonany ze do samego Algeciras bede sie tlukl przez male miesciny szukajac drogi... No i 10 km tak ujechalem zajelo mi to 3 godziny!!! By ominac autostrade bladzilem troche:) no i siedze sobie przy autostradzie tak kolo 18.00 wcinam markizy a tu patrze ze kolazkowicz jakis zapierdziela autovia... jak on moze to ja chyba tez... bezpieczenstwo odlozylem na pozniej wsiadlem i pojechalem. Goraco bylo czasami-zwlaszcza gdy tarlem sakwami o barierke...bo nie mialem niejsca...No ale na dzis zostawilem sobie 50km. juz po nich :)robilem jeszcze pranie na `cpenie` nareszcie ciepla woda- chcialem wskoczyc do zlewu na kapiel ale drzwi sie nie zamykaly...wiec tylko tak sie ochlapalem ale pachne teraz mydelkiem cytrynowym...;) Jestem w Algeciras!!! Zaraz zmykam na prom do Tangeru:) A jutro pomysle nad prezentrem i impreza:)Mam sie tez spotkac z Grzeskiem. Poznalismy sie jakis czas temu na necie-On rowniez do Afryki rowerem, z tym ze nieco inaczej... czeka juz tam na mnie:) Moze jutro sie spotkamy. Zakupie tu jeszcze tylko jakiego szampana...
pozwole sobie...
Dzisiejszy dzionek dla Kasi Borek- to Ona zaszczepila we mnie Afryke,-pewnie siedzialbym teraz gdzies na Syberii czy innej Kamczatce. Mielismy na Czarny Lad jechac razem -stopem, no ale szlaki nasze poszly inaczej... ja dzis do Afryki, a Kasia... jak ostatnio do mnie pisala to w drodze na balkany byla :) pozdrawiam Cie!!!
jeszcze troche cyferek:)
-wykrecilem 3736km zajelo mi to 242 godziny-przez te 34 dni
Tak sie zastanawialem czasami, gdzie skonczy siemoja wycieczka??? No bo jest ona ukierunkowana na fotografie, ale nie to co wieszam na necie, lecz na kliszowe fociaki...
wiec czy po wypstrykaniu wszystkich filmow stwierdze ze koniec... no bo po co dalej jechac... czy wyjade wogule z Maroka, czy faktycznie do Tinbuktu pojade??? No to wszystko wyjdzie w czasie pedalowania. Nie ma celu tej wycieczki samo pedalowanie i zwiedzanie jest celem. Jechac i robic zdjecia a dokad dojade i ile czasu mi to zajmie -sie zobaczy:) Napisze conieco za pare dni, a teraz zmykam. Trzymajcie sie!

6 komentarzy:

Anna pisze...

biedne nóżki:-p

Anonimowy pisze...

co raz bliżej ;)
czekam na zdjęcia, bo chce zobaczyć czy na prawde tam tak pieknie :D
pozdrawiam ;))

aga

Marcin pisze...

hi Boski !!! oszczędzaj pieniądze na porządną kąpiel w drodze powrotnej :D Żeby cię Milka poznała bo już teraz się o to martwię. Wejdź na skrzynkę :*

anita pisze...

marcin: 100lat i powodzenia. mam nadzieje, ze afryka na urodziny ....
dobrej dalszej drogi :)

Anonimowy pisze...

Wszystkiego najlepszego Marcin!! ;)
osiągnięcia wielu szczytów, pokonania tysiecy kilometrów ...
poowodzenia :)


aga

Anonimowy pisze...

Wszystkiego najlepszego sasiad!!!
Popodzonka w drodze, przyjaznych napotykanych ludzi i spelnienia wszystkich postawionych przed soba celow!:D
pozdrawiam