29 października 2008

umarł król, niech żyje król...

wyjazd w środę. kilkanaście minut przed wyjazdem, zadzwoniłem do siostry, ...mówi, że dziś przyjedzie i żebym przełożył wyjazd na jutro...przyjechała z Urszulą, Sylwią i dzieciakami, no i z butelką Rumu prosto z Hawany:) Następnego dnia koło 11.00 wyjechałem. Po kilku kilometrach, na jakimś wyboju ugina mi się bagażnik tylni, sic! po przygodach na ostatniej wycieczce, teraz dopilnowałem by był w porządku. A tym czasem on, już na początku się psuje! W pięknym jesiennym słoneczku dojechałem pod Bolesławiec. Nocleg w przydrożnym lasku. Rano wychodzę z namiotu, a tu niespodzianka -mróz.mroźno
obiad

Wszystko zaszronione. Zwijam namiot, rękawiczki na ręce i w drogę. Nie lubię jeździć takimi drogami, TIR-y niemal się o mnie ocierają. A w dodatku ta mgła. W pełnym skupieniu staram się nie zjeżdżać z białej linii, wyznaczającej krawędź jezdni. Czasami po przejeździe TIR-a ląduje na poboczu. W Bolesławcu uprzejmy kierowca zwraca mi uwagę "...rwa jedź chodnikiem palancie"I na usta pcha się tekst Kazika 'Polska, mieszkam w Polsce...' A te chodniki to nie maja zjazdów, tylko 20cm. stopień co kilkadziesiąt metrów. No ale może one są jednak bezpieczniejsze? Na granicy melduje się koło 13.00. na granicywiatraków mnóstwo-donkiszotów brak
towarzysz cień

Przejeżdżam most i jestem w niemieckim Zgorzelcu. Pogoda zaczyna się paskudzić, zerwał się wiatr a słońce schowało się za chmurami. W wielu miasteczkach przez które przejeżdżałem, są zamki, pałace, jakaś katedra, ale szkoda mi czasu by się zatrzymywać, długa droga przede mną, a tu zima za pasem.Wiele miasteczek jest połączonych ze sobą ścieżkami rowerowymi, a w miastach jeżdżę po wydzielonym dla rowerzystów pasie jezdni. Wieczorem zaczyna padać. W nocy deszcz dudni o tropik namiotu. Rano pada.no i zaczęło się......
ścieżka rowerowa-cała moja:0ni to traktor, ni lokomotywa...

Czas umilam sobie zajadając jabłka z przydrożnych drzew. Trochę metali ciężkich nie zaszkodzi:) Podjeżdża do mnie starszy mężczyzna na kolarce i pyta o moje plany, odjeżdżając krzyczy niemiecką polszczyzną 'szerokiej drogi'. Cały dzień w deszczu, i ten wiatr w twarz- paskudna sprawa! Humor poprawia gorąca zupa i kisiel:) Z nadzieją na słoneczny poranek zasypiam. Rano nadal pada, sic!Ubieram suchy zestaw ubrań i w drogę. po godzinie jestem znów mokry. Zaczynam się nerwować. No ile może padać? Myślę tylko o czymś ciepłym i suchym... Z pod kół każdego przejeżdżającego samochodu chlapie woda wprost na mnie. No ile jeszcze? Nocleg w lesie, zżółkłe liście lecą z drzew, a ja czuje się jak bym był w jakimś lesie deszczowym! Noc w przemoczonym namiocie i wilgotnym śpiworze nie należy do przyjemności.Pobudka o siódmej, ciągle pada...Rano najbardziej dają o sobie znać kolana i Achilles. Podczas pedałowania aż tak bardzo tego nie czuje, za to gdy zejdę z roweru, to ciężko ustać. Zastanawiam się by przeczekać w jakimś prywatnym pensjonacie, ale ceny -od 40 euro wzwyż potrafią zniechęcić. Trzeciego deszczowego dnia zaczynam się zastanawiać ile jeszcze wytrzymam, no i ile jeszcze będzie padać??? Następnego dnia, gdy wcinam sobie jabłko, mija mnie TIR, tracę równowagę i witam sie z rowem...Pierwsza myśl: 'aparaty' (w sakwach wiozę trzy) Ale zanim je sprawdziłem obejrzałem rower, policzyłem szkody: przednia lampa złamana- przyczepiłem na taśmę-nie świeci, nóżka złamana, koszyk na bidom pokrzywiony, oba bagażniki połamane. Siedzę w rowie, mokry, zmarznięty, z połamanym rowerem - mam dość!!! a przez takiego w rowie wylądowałem

Chyba to ten upadek miał największy wpływ na to, że siedzę teraz w domu owinięty kocem z kubkiem wywaru z imbiru z miodem...Deszcz i wiatr to paskudne warunki dla rowerzysty!!! Może za kilka dni przestałoby padać, trzeba było gdzieś przeczekać, może trzeba było kupić nowe bagażniki...? Teraz o wiele łatwiej odpowiedzieć na te pytania. Anita przestrzegała mnie przed tak późnym wyjazdem, że zima mnie zastanie. A tu jesień dała mi tak popalić! Następnym razem wyjadę wcześniej... A na razie muszę wyleczyć kolana i kilka ścięgien...Pomyśle co dalej, rower na razie odkładam. Trzeba jednak gdzieś pojechać, bo 140 rolek filmu jest do wypstrykania, a termin do czerwca. Może wiec w styczniu do Iranu i Pakistanu...A wcześniej jeśli pogoda dopisze to jakieś góry a może na Kaszuby, tam jeszcze nie byłem.mam dość!!!

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

ale szkoda...:/
taka pogoda Ci się trafiła,że się nie dziwie...
pozdr sąsiad

Urszula pisze...

nie samym latem człowiek żyje ...a szkoda ...samolot może??

Anonimowy pisze...

wyglądasz na tej focie jak koleś z INTO THE WILD no i życie podobne :)

marcin pakuła pisze...

dzięki Ci za słowa i tytuł filmu-już go ściągam, bom nie widział wcześniej!